Rumunia w 21 dni (część 2)

Przyrządzanie grilla nie jest prostą sprawą, zwłaszcza gdy gospodarze ni panimaju po angielsku.

 

Grillujemy

Próbowałem dogadać się z właścicielem pensjonatu w łamanym polsko-rumuńskim, żeby odnaleźć zaginiony ruszt do grilla. Facet poprowadził mnie na zaplecze i wyjął siekierę.
Uznał, że narąbie mi drewna.
Na szczęście dało się dogadać na migi i zdobyłem ruszt, ale to nie koniec kłopotów. Po rozpaleniu grilla zbiegły się wszystkie okoliczne zwierzątka, psy koty i lamparty, by zobaczyć co robimy. Zdjęć niestety nie ma, ponieważ byliśmy zajęci walką z okoliczną fauną o kawałek mięsa. W zamian, zobaczcie Serdela.

Serdel to pies który wygląda jak serdel. Jeśli pogłaszczesz go raz,
będziesz musiał go głaskać już zawsze.

 

Co wkurzyło Bartka?

Bartka szlag trafił gdy skończył mu się szlak. Mapy są, ujmując to łagodnie, nieprecyzyjne. Ujmując dosadnie, Bartek wyznaczył nowy szczyt sadyzmu, ponieważ cytuję:
„Temu kto wyznaczał te szlaki ukręciłbym jaja, przyszył i urwał jeszcze raz.”
Teraz już wiemy na przyszłość, aby nie zawsze ufać mapom.

 

Żegnaj Simon

Po 9 dniach spędzonych na wycieczkach po górach, byliśmy gotowi na kolejny punkt wyprawy. Nie wiedzieliśmy jednak, że od tego momentu będzie, że tak się wyrażę, pod górkę.

-.-

W trzecim tygodniu wycieczki pogoda przestała dopisywać. Nic wielkiego, gdyby nie fakt, że zamierzaliśmy zwiedzić trasę Transfogaraską i szczyty były pokryte chmurami. Mała widoczność ze szczytu powodowała, że musieliśmy naszukać się, aby znaleźć miejsce z odpowiednią widocznością. Znaleźliśmy. Finalnie wyszło na korzyść, ponieważ trasa pokryta mgłą nadała poniższemu zdjęciu wyjątkowy charakter.

O.O

Okazało się również, że Transfogardzka i Trans-Alpina to dwie RÓŻNE trasy, nie jedna. Szybko przebukowaliśmy pokoje i załatwiliśmy dodatkowy nocleg aby zobaczyć i sfotografować obie drogi. To z kolei zaowocowało ciekawą jazdą we mgle, po górskich drogach. Gorzej niż w horrorze – ciemno, mgła, żadnych barierek, połowa drogi pokryta osuniętymi kamieniami ze zbocza. Jednakże widok z Trans-Alpiny następnego dnia wynagrodził wszystko.

O.O

Trzecia rzecz która się spieprzyła, to auto – coś zaczęło potwornie stukać w kole. Na szczęście podczas planowania całego wyjazdu Artur zrobił dosłownie jeden luźniejszy dzień (właśnie przy zwiedzaniu Transfogardzkiej), więc ekipa jednogłośnie stwierdziła że awaria była z góry zaplanowana i jeśli cokolwiek miałoby się zepsuć to właśnie teraz. Żeby było śmieszniej, auto rozkraczyło się tuż pod domem mechanika w jakiejś zapomnianej przez Boga wiosce. Szybka akcja, pukamy, otwiera starsza kobieta, łamany angielsko-rumuński znowu w akcji i zonk. Pani stwierdziła z grymasem, że męża nie ma, bo wyszedł wczoraj na kawę i nie wrócił. Czyli albo pijany albo u kochanki. Trudno. Mieliśmy do dyspozycji dwa auta, więc Artur z Maćkiem ruszyli w teren w poszukiwaniu kogoś kompetentnego i już po pół godzinie wieźli przypadkowego Rumuna w aucie. Pokierował nas do pobliskiego „mechanika”, który postawił auto na cegłach w garażu przeczyścił klocki hamulcowe, urwał osłonę silnika, dokręcił dwie śruby i zawołał za to 100 Euro. Gdy usłyszeliśmy cenę mieliśmy wrażenie, że brama za nami zaczyna się zamykać i zaraz dostaniemy kosą pod żebra. Ostra negocjacja spowodowała jednak, że cena szybciutko spadła do 200 RON (około 200zł) a mechanik nawet nie mrugnął okiem. Podsumowując, trochę strasznie, trochę śmiesznie. Ot, cała wycieczka po najdłuższych trasach w Rumunii.

 

Hunedoara

W Hundeoarze spędziliśmy jeden dzień, podziwiając majestatyczny Castelul Corvinilor.

#me

Był to zdecydowanie najlepszy zamek jaki mieliśmy okazję zwiedzić podczas całego wyjazdu. Po pierwsze wyglądał jak zamek z prawdziwego zdarzenia, a nie kolejna tandeta oparta na popularności Draculi. Po drugie był wielki, zagęszczenie odwiedzających było mniejsze niż w przypadku zamku w Bran, gdzie na metr kwadrat przypadło pięciu turystów. Co ciekawe cenowo wypadł najtaniej ze wszystkich atrakcji. Zdecydowanie polecam, dla mnie „must see” jeżeli chodzi o Rumunię.

 

Bratysława, czyli ile jest warty kurs dolara?

Na domknięcie wypadu, ostatni nocleg przypadł w Bratysławie. Kurs dolara niestety spadł od znanego nam z Eurotrip’u, więc zdjęć z klubów nie będzie. Na miejsce dotarliśmy około godziny 21 i zastanawialiśmy jak zdołamy cokolwiek znaleźć i zwiedzić po ciemku. Los okazał się jednak łaskawy, ponieważ trafiliśmy w sam środek Light Festival i co za tym idzie, wszystkie warte odwiedzenia atrakcje świeciły na kilometr!

Tak jak widzicie wyjazd zakończył się małą fotograficzną orgią ;-). Następnego dnia zrobiliśmy ponowny wypad na miasto, żeby zobaczyć jak wygląda to za dnia, po czym pożegnaliśmy Bratysławę i ruszyliśmy ze smutkiem w drogę powrotną.

W poprzednim wpisie wspomniałem, że dowiecie się co można kupić w rumuńskim kiosku w kartonie ze słomką. Proste – podłą wódkę. Pozdrawiam i polecam.

Udostępnij post dla znajomych:
Share on Facebook3Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on Tumblr0Pin on Pinterest0Share on Reddit0